Współczesny świat przypomina krajobraz bez wyraźnych ścieżek. Mapy, którymi kiedyś kierowały się całe pokolenia – religijne, społeczne, rodzinne czy kulturowe – dziś wydają się nieaktualne.
Dla wielu z nas to nie jest łatwe. To nie epoka błędu, ale czas wielogłosu, płynności i ogromnej wolności… która często bywa również przytłaczająca.
W tym wszystkim to, co najbardziej delikatne i zarazem najgłębiej potrzebne – wewnętrzne centrum – wewnętrzny świat – staje się czymś nieoczywistym, trudnym do znalezienia. A przecież tak bardzo tęsknimy za poczuciem, że naprawdę jesteśmy u siebie – w sobie.
Rozproszenie tożsamości – kiedy nie wiemy już, gdzie mieszka nasze „ja”
Każdego dnia jesteśmy w wielu miejscach jednocześnie: w relacjach, rolach, zadaniach, przestrzeniach cyfrowych. Przełączamy się między byciem rodzicem, pracownikiem, opiekunem, twórcą, przyjacielem… Czasem może się wydawać, że jest w nas wiele wersji „mnie”, a żadna z nich nie jest całością. Bywamy rozdarci między wewnętrznymi głosami – tym, który chce się wycofać, i tym, który domaga się perfekcji. Tym, który pragnie bliskości, i tym, który się boi. To naturalne, że w takim świecie rodzi się tęsknota za jednym, spójnym miejscem, w którym można po prostu być. Bez roli. Bez oczekiwań. Bez maski.
Utrata wspólnej opowieści – gdy brakuje przewodnika po świecie
Jeszcze niedawno większość ludzi mogła oprzeć swoje życie na czymś wspólnym – wierzeniach, wartościach, tradycjach. To nie znaczy, że wszystko było idealne, ale było coś, co dawało kierunek. Dziś coraz częściej czujemy, że nie ma już jednej opowieści, której można się trzymać. Każdy mówi coś innego, wartości są płynne, a prawda – względna. Można się w tym pogubić. I chociaż wiele osób znajduje w tej wolności coś cennego, dla wielu z nas pojawia się ciche pytanie: „Czy to wszystko jeszcze ma sens? Gdzie mam szukać odpowiedzi?”
Nadmiar bodźców – gdy świat krzyczy, a w środku robi się cicho
Żyjemy w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi. Kolory, dźwięki, wiadomości, oczekiwania, role… Ekrany świecą nawet nocą, a ciało często nie ma szansy się zatrzymać i odetchnąć. Ten nadmiar bodźców z zewnątrz sprawia, że coraz trudniej jest usłyszeć swój wewnętrzny głos. Może nawet zapomnieliśmy, jak smakuje cisza, jak brzmi prawdziwe „tak” z głębi serca. Coraz więcej ludzi mówi: „jestem zmęczony, ale nie wiem czym… czuję, że nie jestem w sobie”. A przecież to właśnie kontakt ze sobą, z ciałem, z tym, co prawdziwe i ciche, przynosi ukojenie.
Niezakorzenienie – jakbyśmy unosili się w powietrzu, bez miejsca, do którego można wrócić
W świecie, gdzie wszystko może być kwestionowane, a nic nie jest pewne na długo, rodzi się głębokie poczucie braku oparcia. Jakby nie było już miejsca, w którym naprawdę można się zatrzymać, oprzeć, powiedzieć: „tu jestem u siebie”. Wiele osób nosi w sobie tęsknotę za duchowością, która nie będzie nakazem ani doktryną, ale doświadczeniem – bliskim, wewnętrznym, przeżywanym. Tęsknimy za tym, by móc być sobą bez konieczności grania, bez oceniania się, bez ucieczki. Tęsknimy za wewnętrznym domem, który jest czuły, stabilny i prawdziwy.
Szkoła Bycia Wewnętrznego – cicha odpowiedź na ciche pytanie
Szkoła Bycia Wewnętrznego nie przynosi gotowych recept ani nowej ideologii. Nie obiecuje, że da ci prawdę. Raczej łagodnie zaprasza do zatrzymania się i do spojrzenia tam, gdzie być może już dawno nie patrzyłeś. Do siebie.
To przestrzeń, w której można powoli rozpakować ten wewnętrzny bagaż, zajrzeć do środka i usłyszeć głos, który może nie był słyszany od dawna. To miejsce, w którym uczymy się na nowo, że obecność jest możliwa. Że wewnętrzne zakorzenienie to nie teoria, ale żywe doświadczenie, które dojrzewa w ciele, w ciszy, w relacji.
W świecie pełnym rozproszeń, praktyka obecności staje się łagodnym aktem odwagi. Nie musimy już się spieszyć. Możemy zatrzymać się i zacząć wracać – powoli, z czułością, krok po kroku – do siebie.
Tomasz Radkiewicz

© Instytut Obecności 2024