Pierwsze spotkanie po wakacjach — i pierwsze spotkanie drugiego roku Akademii A Process Model.
Jest coś szczególnego w spotkaniu, które zaczyna drugi rok. Nie poznajemy się. Nie tłumaczymy sobie, po co tu jesteśmy. Siadamy — i po chwili okazuje się, że przez te tygodnie coś w nas pracowało dalej, choć nikt tego nie pilnował.
To zresztą dobre wprowadzenie do tematu, który wzięliśmy na ten moduł.
Bo mówiliśmy o kontekście.
Kontekst to nie tło
Zwykle myślimy o kontekście jak o dekoracji. Jest zdanie — i są okoliczności wokół niego. Jest człowiek — i jest jego sytuacja. Coś w środku, coś dookoła.
Wystarczy jednak jeden przykład, żeby to pękło.
Ktoś mówi: „liście są zielone”. Prawda czy fałsz? Zależy — ale nie w sensie, w jakim zwykle mówimy „to zależy od kontekstu”. Bo jeśli mówi to dekorator o liściach pomalowanych na zielono, zdanie jest prawdziwe. Jeśli mówi to botanik badający chlorofil — fałszywe. I nie zmieniło się „tło wokół” gotowego znaczenia.
Zmieniło się to, co w ogóle zostało powiedziane.
Kontekst nie stoi obok. Kontekst jest w środku.

Trzy rzeczy, które okazały się nie działać
Kiedy zaczyna się grzebać w tym pojęciu, po kolei odpadają rzeczy, które wydawały się oczywiste.
Że kontekst da się wyliczyć. Spróbuj kiedyś wypisać wszystkie okoliczności jakiejś sytuacji. Lista nigdy się nie kończy — bo każda okoliczność sama ma swoje okoliczności. A jednak rozumiemy się natychmiast, bez listy. Coś tu nie gra.
Że kontekst dochodzi później. Nigdy nie ma momentu, w którym mamy gołe znaczenie, a potem doklejamy okoliczności. Nie ma takiej chwili. Rozumiemy od razu — w sytuacji.
Że kontekst jest mglisty. To najbardziej zaskakujące. Gdyby był mglisty, nie mógłby niczego odrzucić. A odrzuca. Znasz to uczucie: ktoś podsuwa ci słowo na to, co przeżywasz, i wiesz, że to nie to. Jeszcze nie masz właściwego słowa — ale już wiesz, że tamto nie pasuje.
Co odrzuciło? Coś, czego nie umiesz nazwać, a co jest dokładniejsze niż słowo, które padło.
To jest kontekst. I jest bardziej precyzyjny niż to, co potrafimy powiedzieć.
Artysta i linia
Gendlin ma na to obraz, który zostaje w głowie.
Malarz stoi przed niedokończonym rysunkiem. Rysunek „czegoś potrzebuje”. Malarz to czuje — i nie ma w głowie gotowego obrazu, do którego by zmierzał. Nie przegląda w myślach wszystkich możliwych linii, odrzucając złe. Tych linii nie ma. Na płaszczyźnie jest ich nieskończenie wiele, ale żadna nie istnieje, dopóki nie zostanie pociągnięta.
A jednak nie każda pasuje. Malarz wie, kiedy trafił.
I wtedy dzieje się rzecz najciekawsza: właściwa linia zmienia wszystkie pozostałe. To już nie ten sam rysunek z jedną kreską więcej. Cały układ się przestawił.
Tak samo działa kontekst. Nie jest tłem, na którym coś się pojawia. Jest tym, co się przestawia, kiedy coś trafnego zostanie powiedziane.
Skąd bierze się kontekst
Tu było w grupach najwięcej ciszy — i chyba nie przypadkiem.
W modelu Gendlina kontekst rodzi się w bardzo konkretnym miejscu: tam, gdzie coś nie może się dokonać. Gdzie ruch, który miał iść dalej, zatrzymuje się. Gdyby wszystko szło gładko, byłby tylko ciąg zdarzeń — jedno po drugim, bez głębi.
To odwraca coś, co łatwo pomylić.
Zacięcie się nie jest brakiem dostępu do sensu. Jest miejscem, w którym sens się formuje. „Nie umiem tego powiedzieć” to nie porażka rozmowy. To moment, w którym rozmowa dopiero zaczyna być poważna.
Dlatego w pracy z procesem nie spieszymy się z odblokowywaniem. Można komuś pomóc tak szybko, że zabierze mu się dokładnie to miejsce, w którym miało się coś uformować.
Cisza
Z tego wychodzi coś, co dotyczy każdego naszego spotkania.
Jeśli kontekst jest utkany z tego, co nie zachodzi, ale współkształtuje to, co zachodzi — to cisza nie jest pustką do wypełnienia.
Cisza jest kontekstem w stanie czystym. Wszystko jest obecne, nic jeszcze nie zostało wybrane.
Dlatego ciszy się nie wypełnia. Ciszę się trzyma.

Zawsze w dwóch miejscach naraz
Ostatnia rzecz, która wywołała najwięcej rozmowy — bo dotyka pracy z ludźmi bardzo bezpośrednio.
Mówiąc cokolwiek, jesteśmy zawsze w dwóch kontekstach jednocześnie. Słowo niesie swój własny kontekst — całą kulturę, wszystkie sytuacje, w których było używane. I jednocześnie ma unieść tę sytuację, tutaj, teraz.
Gendlin pokazuje to zwyczajnym zdaniem: mówisz do kogoś „jestem zmęczony, przerwijmy”.
Używasz istniejących słów. Ale zmęczenie jest twoje i jest teraz.
I zobacz, jaka to różnica: nikt nie ma do ciebie żalu o to, że użyłeś gotowych słów. Ale jeśli druga osoba wyczuje, że użyłeś gotowego ruchu — że „zmęczenie” było zagraniem, nie stanem — poczuje się oszukana.
To dwa różne porządki. I chyba stąd bierze się większość nieporozumień: w rozmowie, w przekładzie, w nauczaniu. Mylimy to, co świeże, z tym, co gotowe.
Co dalej
Drugi rok to inne tempo. Mniej wprowadzania, więcej wchodzenia w głąb — i więcej pracy własnej między spotkaniami.
Ale zaczęliśmy dobrze. Od pojęcia, które wygląda na oczywiste, dopóki się go nie dotknie.
Do zobaczenia na następnym module.


